środa, 28 kwietnia 2010

Skąd bierze się e-bełkot?

Czy zdarzyło się komuś, drodzy czytelnicy, że otworzył jakiegoś e-booka, poradnik, czy forum internetowe w poszukiwaniu cennej wiedzy i natknął się na bełkot? Niezorganizowany syf? Rozmemłane pieprzenie od rzeczy? Rozlazłą fabułę babrającą się w rynsztoku niespójności? Dobra, starczy. Celowo nie wspominam o luźnej umysłowej sraczce w postaci komentarzy pod artykułami wielkich portali informacyjnych. To jest znacznie wyższy poziom kretynizmu, chwilowo nie potrafię się do tego cudownego zjawiska odnieść.

Do rzeczy. Od iluś lat (!) dostaję newslettery promujące agresywny e-marketing. Tak, sam je zamówiłem i to na własne życzenie! Dzięki nim obserwuję, do czego zdolni są niektórzy ludzie. Wiecie, traktuję to jak eksperyment na szczurach. Tylko że szczury w tym zestawieniu wypadają znacznie korzystniej. Tutaj ludzie traktują innych ludzi jak nierozumne bydło, wymóżdżone ludzkie ciała, którym trzeba coś sprzedać, bo inaczej umrą z głodu, niewiedzy, nudów (niepotrzebne skreślić).

Ostatnio zniszczył mnie "njus", że, wiecie, e-booka można napisać ... nic nie pisząc, nie potrafiąc się wyrazić i tak dalej. Rozumiecie? Okazuje się, że jest akceptowane, dopuszczane i nawet promowane to, że jeśli ktoś nie umie pisać, nie potrafi tego sklecić w całość (i tak dalej), no i przy okazji po prostu może być TĘPY, to NIC NIE SZKODZI, może zostać autorem świetnie sprzedającego się e-booka. I być bogatym autorem bestselera. Nie wiem, co takiego najlepszego jest w rzeczonym selerze, wolę nać pietruszki, ale ok, niech będzie, gusta guściki.

Nie, nie będę apelował o rozsądek, czy nawoływał do jakiejś rewolucji, która pewnie zamorduje swoje dzieci. Uświadamiam jedynie, że agresywny marketing istnieje, ma się nieźle, i skoro uparcie istnieje tyle czasu, to KTOŚ się jednak daje na to nabierać. Świat psieje, będzie wojna.

0 komentarze:

Prześlij komentarz