Tego dnia jechałem do Sosnowca. Trasą oczywiście, bo szybko. Śpieszyłem się, ba, byłem umówiony. Tak szybko jechałem, że większość czasu stałem w korku. Gdyby ktoś z ciekawości zapytał, nie, nie było żadnego wypadku ani nie było robót drogowych. Ufo też nie było. Po prostu był większy ruch niż zwykle, więc nie dało się jechać. To lekka dygresja na temat umiejętności popu w powożeniu stalowymi rydwanami. Właśnie dzięki powyższemu widok, który zwykle mijam po lewej ręce i który zwykle mnie kusi, zamiast trwać sekund kilkadziesiąt, trwał ... kilkanaście. Czemu? Bo zjechałem na pobocze po podjęciu decyzji o konieczności jego sfotografowania. Wiecie, taki wewnętrzny, upierdliwy imperatyw, wytyczający drogę i zmuszający do zrobienia czegoś, na co niekoniecznie ma się ochotę. Ba, o ochocie to nawet nie wypadało by mi tu wspominać. Po prostu potrzeba, zew krwi, fotofaza, jakkolwiek by tego nie nazwać, zwyczajnie nie miałem innej opcji. Musiałem wysiąść z aparatem w ręku.

Dla ciekawskich - widok w paśmie podczerwieni przy 35mm ogniskowej i 3 MPix matrycy. Więcej detali zachłannie pozostawię sobie :)
0 komentarze:
Prześlij komentarz